Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 2 lipca 2018

Krakusy na Podlasiu

Dzisiaj, 29 czerwca pełną gębą wkroczylismy w XXI wiek. Dlaczego? Ponieważ zostaliśmy podłączeni do miejskiego kolektora. Koniec z szambem, zamawianiem beczek, troska o to, czy aby przypadkiem nieprzekroczymy granicy... 
I stało się to akurat w chwili, gdy wróciliśmy z przecudownego urlopu na ziemi sejneńskiej, która spokojnie może służyć za wzorzec czystego powietrza zdeponowany w Sevres...
Nie dość na tym, że powietrze czyste, to jeszcze cisza wzorcowa. Żadnych psów, które nieprzytomnie ujadają na widok każdej nogawki i każdego koła rowerowego Silnik samochodu słyszeliśmy dwa razy dziennie. Rano, gdy gospodarze wyjeżdżali do pracy, i popołudniu, gdy z niej wracali. Oczywiście w momencie przedsięwzięcia własnej, odkrywczej wyprawy – a to do Augustowa, a to na Litwę szum motorów dawał się bardziej we znaki.

A poza tym ptaki, ptaki i jeszcze raz ptaki. Czysta woda w jeziorach i rzekach, soczysta zieleń w lasach i tubylcy, zaciągający wymowę na wschodnią modłę.
Jak dla mie raj, w najczystszej postaci.
Oczywiście raj dla przyjezdnych, bo od wewnątrz już nie wygląda to tak różowo. Jest czysto, bo nie ma przemysłu. Nie ma przemysłu – nie ma miejsc pracy. Nie ma pracy – nie ma zarobków. Sporo mieszkańców pracowało zarobkowo za granicą, mogę się tylko domyślać, że w Niemczech. Takiej ilości Audi – głównie A4 – jak tutaj nigdy wcześniej nie spotkałem. Drugą w kolejności marką jest VW, koniecznie Passat Kombi z silnikiem w wersji TDI... Ale poza tym objawem motoryzacyjnej „germanizacji” wszystko pozostałe jest zupełnie wschodnie.
Potrójne selfie pod bazyliką w Świętej Lipce
Akcent, który moim synom nieodmiennie kojarzy się z Solejukową, uroda kobiet – blondynki       o pełnych kształtach    i szczerym uśmiechu    i wielka gościnność. Doświadczylismy jej podczas pobytu          w Krasnopolu,             w gospodarstwie agroturystycznym położonym nad jeziorem Długim. Lokalizacja z polecenia Agi, a właściwie jej Mamy, która wyszukała dla nas numer telefonu właściciela. Wychodzę z założenia, że referencje lepsze niż internet – często na fotkach jest różowo, a w rzeczywistości czarno.
Wnętrze kościoła w Gietrzwałdzie
Zanim „zacumowaliśmy” u celu, przejechaliśmy całą niemal Polskę, specjalnie wydłużając trasę. Chcieliśmy zobaczyć Gietrzwałd, Świętą Lipkę i Wilczy Szaniec, czyli kwaterę Hitlera w Gierłożu, w której dokonano nieudanege zamachu na Fuhrera. Zamach przygotowali spiskowcy przeciwni dalszemu prowadzeniu wojny. Tego punktu programu nie zrealizowaliśmy ze względu na późną porę... Wyruszyliśmy o 5.30 rano, a w Kętrzynie zameldowaliśmy się o 19. Nie było sensu na godzine przed zamknięciem pedzić do Gierłoży!!! Uznaliśmy, że trzeba coś zostawić na kolejne wyjazdy na północ Polski....
A, i jeszcze po drodze krótka, niezapowiedziana wizyta w Nidzicy na zamkowym dziedzińcu. Kawał czasu minęło od chwili, gdy zwiedzałem krzyżacki przybytek w 1997 roku podczas szkolenia ubezpieczeniowego. Wtedy sam, dzisiaj przytargałem tu Rodzinę!
Również Świętą Lipkę odwiedzałem – nawet dwukrotnie. Raz z moim sąsiadem i jego, byłą obecnie żoną – Francuzką Natalią, chyba w roku 1983, a powtórnie podczas trzymiesięcznego pobytu w wojsku     w jednostce Obrony Cywilnej                 w Węgorzewie. Zabawnie to wyglądało, gdy w 1987 roku                z wojskowych ciężarówek wysypali się żołnierze           w mundurach galowych i karnie pomaszerowali do wrogiego ideologicznie przybytku. Dodam, że żołnierzami byli głównie absolwenci wyższych uczelni, którzy uzupełniali wojskowe wykształcenie w szkole podchorążych. Nawiasem mówiąc, pobyt tam, to temat na osobny felieton :).
Sama droga minęła bez niespodzianek i błądzenia. Pominąwszy kilkuminutowy korek między Częstochową i Łodzią, a potem w Wyszogrodzie – tutaj ze względu na przejazd kolumny amerykańskich czołgów, posuwaliśmy się niezbyt szybko, ale systematycznie w kierunku Mazur. Stołeczne korki pozostawiliśmy po stronie wschodniej, łódzkie po zachodniej. Jeżdziliśmy też po drogach zupełnie bocznych i muszę stwierdzić, że bardzo dobra jakość asfaltu mocno mnie zaskoczyła.
W każdym razie, mimo długiego dnia, Krasnopol przywitał nas zachodem słońca. Jeszcze w Świętej Lipce kontaktował się z nami zaniepokojony gospodarz, który troszczył się o to, czy aby na pewno przyjedziemy!!!
Już na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało super. Podwórko, domek, weranda wyłożona płytkami ( po krakowsku – wyflizowana). Do tego 4 czyściutkie pokoje z łazienkami, a oprócz tego na parterze w sąsiedztwie kuchni dwa odrębne wc z prysznicami. Ponieważ sezon się jeszcze nie zaczął rządziliśmy zupełnie sami.
No może warto wspomnieć czarnego kota, który chętnie się u nas stołował, a w zamian dostarczał różnorakich atrakcji – a to w postaci na pół zagryzionej myszy, a to przedziwnego polowania na jaszczurkę! 

Do tego wszystkiego siłownia i stół bilardowy. Grze w bilarda oddawaliśmy się niemal co wieczór. Patryk i Janek byli już doświadczonymi graczami, Zosia i ja zdobywaliśmy pierwsze szlify. Emocji było co niemiara, chociaż poziom mógł pozostawiac wiele do życzenia.

Wracam do inwentaryzacji dóbr wszelakich krasnopolskiego królestwa agro: za naszym domkiem stał jeszcze mniejszy przygotowywany do wynajmu, za nim dom gospodarzy, a potem sad, szopa z wodnymi akcesoriami i wreszcie mini plaża z parasolem. A za nią wody jeziora Długiego. W celach eksploracyjnych mieliśmy do dyspozycji dwa dwuosobowe kajaki i łódkę wiosłową. Oraz drewniany, lekko przekrzywiony pomost zakończony metalową drabinką, która służyła Zosi jako trap!!!
Wspólne posiłki były ważnym elementem naszego wyjazdu.
W kuchni, której szefem został Patryk znależliśmy wszystkie niezbędne rzeczy do gotowania. Zdziwił nas brak garnka elektrycznego. Wodę gotowaliśmy w klasycznym czajniku ( lub saganie) na gazie. Do każdego pokoju przypisano małą lodówkę z numerkiem, tak, aby goście nie podbierali sobie jedzenia. Fajny pomysł! Lodówki musiały mieć od strony ściany jakieś tajne drzwi, bo jedzenie znikało z nich w porażającym tempie. To chyba jakaś gastronomiczna Narnia pożerała nam zapasy. Spekuluję, bo żaden uczestnik nie poczuwał się do spowodowania tych naddprzyrodzonych zdarzeń!
O gastronomii jeszcze będzie, bo oprócz pysznych obiadów przyrządzanych przez kucharza wyprawy skorzystaliśmy z kulinarnych cudów kuchni miejscowej i litewskiej. Ale o tym później...

Wreszcie pełni wrażen po przebytej podróży ułozylismy się do snu i utuleni chrapaniem Patryka zapadliśmy w głęboki, suwalsko-sejneński sen.
A gdzieś tam hen, na południowych krańcach naszego pieknego kraju rozpoczęło się rujnowanie podwórka, które doprowadziło do efektu wspomnianego w pierwszym akapicie. 

Brak komentarzy: